Dlaczego przestałem grać w gry komputerowe?

Gry komputerowe towarzyszą mi nieprzerwanie w życiu od 1991 roku, kiedy to otrzymałem w prezencie komunijnym swój pierwszy osobisty komputer Commodore-64. Bywały jednak okresy, w których porzucałem wspomniane hobby na kilka miesięcy lub nawet lat. Ostatnio wydarzyło się to na początku 21. wieku. Z powodu kilku przyczyn, o których napiszę poniżej, wydawało mi się wówczas, że interaktywna rozrywka nie jest czymś, na czym chciałbym skupiać swoją energię i poświęcać swój wolny czas. Jesteście ciekawi, co się wówczas wydarzyło? Jeśli tak, to zapraszam do lektury.

Mania programowania (oraz oglądania seriali)

W 2006 roku ukończyłem studia na Politechnice Warszawskiej. Z racji studiowanego kierunku (inżynieria komputerowa) spędzałem wówczas ogromne ilości czasu przed monitorem, zdobywając wiedzę na temat języków oraz technik wytwarzania oprogramowania. Pisanie gier nie było wówczas obecne na uczelniach w takiej skali jak obecnie i (przynajmniej na moim kierunku) traktowane było raczej jak niegroźna fanaberia, niż coś z czym możnaby związać swoją zawodową karierę. Pochłonięty tematyką tworzenia programów wyświetlających tabelki straciłem praktycznie zainteresowanie branżą oprogramowania rozrywkowego. W dodatku często po iluś tam godzinach spędzonych przed ekranem nie miałem już po prostu sił ani ochoty na wyprawy w wirtualne światy. W omawianym okresie dorobiłem się pierwszego w życiu stałego łącza (jeżeli mnie pamięć nie myli, był to jakaś wczesna wersja Neostrady od Telekomunikacji Polskiej), wpadłem więc wówczas w fazę na nadrabianie zaległości filmowych i serialowych (zdobywanych oczywiście z nie do końca legalnych źródeł) z poprzednich 20 lat życia. Skutecznie skonsumowało to mój pozostały czas spędzany przed komputerem. 

Inwazja 3-wymiarowej brzydoty

Koniec lat dziewięćdziesiątych oraz początek dwudziestego pierwszego wieku to czasy rozpychającej się łokciami na rynku wirtualnej rozrywki grafiki trójwymiarowej. Niestety jej jakość pozostawiała wówczas wiele do życzenia. Bądźmy szczerzy – ogólne wrażenie estetyczne było fatalne. Każdy, kto odpali sobie obecnie jakikolwiek hit pochodzący z pierwszych dwóch modeli PlayStation, będzie wiedział, o czym mówię. Dla mnie – miłośnika klasycznych, ręcznie rysowanych dwuwymiarowych przygodówek, migracja do paskudnego wówczas trójwymiaru była prawdziwym szokiem, niestety w negatywnym tego słowa znaczeniu. Przejście od przepięknej, ręcznie rysowanej i doskonale animowanej grafiki „Curse of Monkey Island” do klockowatego świata czwartej części sagi miało dla mnie status niemalże profanacji. Tak samo jak odejście of filmowego charakteru drugiej części „Gabriel Knighta” Sierry, na rzecz paskudnych tekstur „Gabriel Knight 3: Blood of the Sacred, Blood of the Damned”. Nie miało wówczas dla mnie znaczenia, że wspomniane powyżej gry opowiadały świetne historie oraz wprowadzały kilka niespotykanych wcześniej pomysłów (Monkey Kombat, Hell Yeah!). Dla mnie były po prostu paskudne i tyle! Decyzje twórców związane z wykorzystaniem grafiki trójwymiarowej w moich ulubionych seriach totalnie mnie rozczarowały, były niezrozumiałe i wpędziły w kąt zatytułowany „to już chyba nie dla mnie”.

Ile można strzelać?

Kolejną przyczyną, która skutecznie zniechęcała mnie do poświęcania czasu grom video w omawianym okresie była istna inwazja strzelanek FPP. Oczywiście jak każdy młody człowiek mający dostęp do komputera straciłem wiele godzin życia poświęconym tytułom w rodzaju „Duke Nukem 3D” lub „Quake”. Na początku 21. wieku miałem jednak wrażenie, że co druga ukazująca się gra to właśnie trójwymiarowy shooter, zazwyczaj posiadający jedynie szczątkową fabułę (podążając za słynnym stwierdzeniem Johna Carmacka: „Fabuła w grze jest tak samo potrzebna jak w pornosie. Niby musi być, ale mało kogo obchodzi”) i z rozgrywką sprowadzającą się do jak najszybszego przemierzania korytarzy i naciskania przycisku spustu. Ponieważ dla mnie gry były zawsze po prostu kolejnym sposobem opowiadania ciekawych historii (na dodatek – dającymi możliwość interaktywnego uczestnictwa w wydarzeniach), często mocno ułomne fabularnie strzelanki zupełnie mnie nie interesowały.  Czary goryczy dopełnił sukces „Call of Duty” oraz następująca po nim fala wojennych strzelanek, które mi (jako urodzonemu pacyfiście :P) zazwyczaj zupełnie nie przypadały do gustu. 

Czemu wróciłem?

Dlaczego ponownie zainteresowałem się interaktywną rozrywką? Muszę powiedzieć, że było w tym dużo przypadku. Któregoś wieczoru, będąc mocno zmęczonym po całym dniu pracy, stwierdziłem, że dla zabawy zainstaluje sobie demo, którejś tam kolejnej części „Colina” (dla niewtajemniczonych – gra wyścigowa będąca przodkiem obecnych na rynku do dzisiaj serii „Dirt” oraz „Dirt Rally”). Niestety okazało się to niemożliwym z powodu posiadanych nieaktualnych sterowników graficznych, nie dość mocnej maszyny i pewnie jeszcze kilku rzeczy, które stanowiły wówczas plagę PC-gamingu. Wkurzony opisaną sytuacją, na zupełnym spontanie… kupiłem PlayStation 3 😊. Warto dodać, że żadnej innej konsoli (poza wiekowym NES/Pegasus) nigdy nie posiadałem. Potem poszło już z górki. Tytuły takie jak pierwszy „Uncharted”, „MotorStorm„, czy „Heavenly Sword” ponownie rozbudziły u mnie miłość do gier video. Można więc powiedzieć, że Sony i jego PlayStation uratowały mnie przed porzuceniem hobby. Warto również wspomnieć o ukazującym się wówczas magazynie komiksowym „Produkt” oraz obecnej na jego łamach serii „Osiedle Swoboda”, której to bohaterom zdarzało się zanurzać w światach znanych z konsolowych oraz automatowych pozycji. Ponieważ uwielbiałem (i do dzisiaj uwielbiam wspomnianą serię) powodowało to u mnie efekt, który dziś określiłbym mianem „hype’u”.

Dziś sam jestem dziadkiem 😉 i pomimo prawie czterdziestki na karku cały czas nie porzuciłem grania. Jedyne co być może się zmieniło, to bardziej ostrożne dobieranie pozycji, którym poświęcam swój czas, zupełna rezygnacja z multi (niestety, odzywa się brak czasu) oraz pozbycie się wewnętrznego głosu zmuszającego do ogrywania wszystkich głośnych nowości. Cóż, gier wychodzi obecnie tak dużo, że nie ma możliwości zapoznania się nawet z ułamkiem wszystkich, które potencjalnie mogłyby okazać się całkiem udanymi. Wracając jednak do tematu tekstu, obecnie posiadam w domu kilkanaście sprzętów zdolnych do uruchamiania rozrywkowego oprogramowania i o ile nie nastąpi u mnie jakieś totalne zmęczenie materiału, mam nadzieję, że gry video będą towarzyszyły mi również z kolejnych nadchodzących latach życia. Tak jest!

500 słów o “Cyberpunku 2077”

„Wake the fuck up, Samurai. We have a city to burn.”

Skończyłem „Cyberpunka 2077”. Grałem na PC, spokojnie, zazwyczaj po kilka godzin w tygodniu.

Wrażenia mam jak najbardziej pozytywne. W posiadanej przeze mnie wersji programu przeznaczonej na komputer osobisty nie dotknęły mnie praktycznie żadne techniczne problemy, nie licząc okazjonalnego przenikania się obiektów oraz każdorazowej konieczności zmiany wersji językowej na pożądaną w momencie uruchamiania gry. Druga wspomniana kwestia została zresztą rozwiązana w patchu 1.2.

Co więcej, w moim prywatnym rankingu „Cyberpunk 2077” prawdopodobnie dostąpi miana najlepszej gry pierwszego półrocza roku 2021. Zdaję sobie sprawę ze wszystkich wad tej produkcji. Z tego, że CD Projekt naobiecywał więcej, niż był w stanie dostarczyć. Z tego, że mechanizm hakowania został potraktowany po macoszemu (denerwująca mini gierka), a wizyty w wirtualnej rzeczywistości zostały sprowadzone do kilku z góry wyreżyserowanych momentów. Z tego, że gra jest pewnie kiepskim RPG-iem i zwłaszcza na niższych poziomach trudności można ją ukończyć, latając od początku zabawy w tych samych ciuchach oraz z pierwszym z brzegu zestawem wszczepów i uzbrojenia. W końcu z tego, że główny wątek jest rozczarowująco prosty, a zakończenie następuje w momencie, w którym spodziewamy się co najmniej jakiegoś cliffhangera.

Wszystkie te wady bledną jednak w obliczu zalet, które dostrzegam w omawianej produkcji. Historia V pomimo dość prostego głównego wątku wciąga jak bagno. Wiele pobocznych misji zostało świetnie napisanych i wyreżyserowanych.  Romans z Panam, nurkowanie w towarzystwie Judy, a następnie pożegnanie nad brzegiem jeziora, rozmowa z Johnnym na polu naftowym, czy śmierć Joshuy Stephensona pozostaną w mojej pamięci na wiele miesięcy. Historie prezentowane przez konkurencyjne produkcje Ubisoftu, czy Bethesty wypadają w porównaniu z wyżej wymienionymi wybitnie płasko, niczym zadania z generatora z zaznaczoną opcją: „byleby nikt się nie obraził”. Na ich tle zadania z „Cyberpunka 2077” wypadają nad wyraz dojrzale. I zupełnie nie mam tu na myśli liczby nieboszczyków czy napotykanej po drodze golizny.  

Gra jest piękna. Night City poraża rozmachem, zróżnicowaniem lokacji oraz przyjętą stylizacją. Jazda samochodem bywa toporna (zwłaszcza przy widoku z tyłu auta, kiedy kamera przy zakrętach „nie nadąża” za naszym pojazdem), nie miało to jednak w moim przypadku znaczenia, ponieważ po mieście poruszałem się na motocyklu. Korzystanie z jednośladu oraz widoku zza kierownicy dostarcza niesamowitych wrażeń i samo w sobie jest wielką przyjemnością. W czasie zabawy z „Cyberpunkiem” próbowałem jednocześnie „podchodzić” do najnowszych posiadanych części tasiemców ze stajni Konami oraz Ubisoftu. I niestety za każdym razem odbijałem się od nich z myślą, że są one strasznie brzydkie w porównaniu z produkcją Polaków.

Tak, zdaję sobie sprawę, że obiektywnie patrząc na wydarzenia ostatnich miesięcy CD Projekt „nie dowiózł”. Być może, gdyby w moje lepkie łapki trafiła wersja gry przeznaczona na poprzednią generację konsol, moje wrażenia byłyby dużo gorsze. Mając jednak do czynienia z najlepszą z dostępnych obecnie edycji gry, nie żałuje ani minuty spędzonej w Night City i na jego obrzeżach. I pewnie będę do niego jeszcze wielokrotnie wracał, chcąc wypełnić pozostałe poboczne misje, pobujać się ulicami miasta na motocyklu, albo przy okazji rozszerzeń, którymi mam nadzieję, polski developer uraczy nas w nadchodzącej przyszłości. Gra posiada ogromny ładunek „miodności”, którym można byłoby obdzielić przynajmniej kilka konkurencyjnych, dostępnych na rynku pozycji.

Tak więc, Panie i Panowie z CD Projektu. Ogromne gratulacje! Znowu Wam się udało!*

*Oczywiście, na razie na PC 😊.

„Persona 5”, czyli zmęczenie materiału

Niedawno miała miejsce premiera gry „Persona 5 Strikers”. Prawie że na premierę wyżej wymienionej udało mi się ukończyć pierwszą, zakupioną w 2016 roku część przygód Jokera i jego ekipy. Nie, żebym grał w nią taki szmat czasu. Aplikacja musiała po prostu poczekać na swoją kolej, co świadczy tylko o rozmiarze posiadanej wówczas przeze mnie „kupki wstydu”.  Tak czy inaczej – grę udało mi się ukończyć. Niestety towarzyszyło temu uczucie, które można opisać słowami w rodzaju: „Uff! Nareszcie”, zamiast „Szkoda, że to już koniec” jak to miało miejsce w przypadku poprzednika, legendarnej już „czwórki”.

Z czego wynikało moje poczucie zmęczenia omawianą pozycją? Jak zapewne wiecie, Persona 5 jest grą, której ukończenie zajmuje około 90-100 godzin. W wersji „liżę wszystkie ściany” do ww. liczby można spokojnie dodać kolejne 50 godzin. Niestety w moim przekonaniu wspomniana ilość czasu nie przekłada się w tym przypadku w jakość. Przede wszystkim potwornie wymęczyły mnie ogromniaste pałace pełne odradzających się w koło Macieju przeciwników. Na dodatek „zestawy” wrogów, którymi twórcy postanowili wypełnić zaprojektowane miejscówki, bardzo szybko zaczynają się powtarzać. Ponieważ konstrukcja zwiedzanych podziemi wymusza częste cofanie się, do wydawałoby się wyczyszczonych już wcześniej z adwersarzy lokacji, szybko zaczyna trafiać nasz szlag w wyniku konieczności toczenia po raz n-ty tej samej potyczki.


„Taka specyfika gatunku!” zakrzykniecie zapewne. I nie będę mógł się z tym nie zgodzić. „Persona 5” to JRPG pełną gębą, ze wszystkimi charakterystycznymi cechami oraz wadami tego gatunku. Co jednak w przypadku czwartej części serii, ogrywanej na przenośnej PSV, sprawiało mi ogromną przyjemność,  w przypadku „piątki” tylko męczyło i powodowało irytację. Przyznam uczciwie, że w końcowej części rozgrywki przełączyłem się na łatwy poziom trudności i włączyłem automatyzację walk. Dzięki temu, kiedy moi herosi, ubrani nie wiedząc czemu w ciuchy prosto z salonu dla miłośników sado-maso, przebijali się przez kolejne hordy przeciwników, ja mogłem oddać się w spokoju bardziej intrygującym zajęciom, np. przeglądaniu komentarzy w mojej bańce informacyjnej w najbardziej znanej spośród sieci społecznościowych.

Nie chciałbym być w tym miejscu źle zrozumiany. Uważam, że „Persona 5” to rewelacyjna gra, która wejdzie na pewno do historii gatunku. Nic by się jednak w moim przekonaniu nie stało, gdyby twórcy „ucięli” jakieś 20 godzin rozgrywki, sprowadzającej się do przebijania się przez tabuny uśmiercanych wielokrotnie powtarzających się przeciwników. Nawet po odjęciu wspomnianej liczby godzin walki i tak zostałoby w grze całkiem sporo, a wówczas stanowiłaby ona prawdziwe wyzwanie i świetną rozrywkę, a nie upierdliwą konieczność. Może wynika to z faktu, że im jestem starszy, tym bardziej staje się świadomym tego, że posiadany czas jest obecnie najcenniejszą posiadaną walutą w życiu, a konieczność jego marnotrawienia wywołuje u mnie raz za razem poczucie irytacji. A może to tylko moje dziwactwo… Obie córki, które dzielnie kibicowały mi w czasie zabawy (uciekając okazjonalnie z pokoju przy co bardziej mrocznych fragmentach historii) na wieść o tym, że to już koniec i że po kontynuacje na razie nie zamierzam sięgać, zareagowały dużym rozczarowaniem.

Indiana Jones i człowiek z UFO

Udało mi się wczoraj w końcu obejrzeć kupiony kilka lat temu na płycie film „Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki. Był to już mój bodajże trzeci kontakt z tym dziełem (dwa poprzednie miały miejsce w kinie w momencie polskiej premiery) i wiecie co? Film ten wydaje mi się obecnie dużo lepszy niż ten, jakim zapamiętałem go z momentu premiery. Oczywiście jest to nadal najsłabsza część przygód doktora Jonesa z przewidywalnym do bólu scenariuszem, kilkoma głupotkami przy których można się jedynie popukać w czoło (Shia LaBeouf odgrywający Tarzana, poważnie?) oraz wybitnie słabymi (chyba nawet już w momencie premiery) efektami specjalnymi. Jeżeli jednak przymkniemy oko na powyższe kwestie i umieścimy nasze „zawieszenie niewiary” odpowiednio wysoko, to mimo wszystko będziemy się jednak nieźle bawić. Tak jak niżej podpisany wczorajszego wieczoru.

Być może po prostu z wiekiem pogorszył mi się gust… Kto to wie?

Moje najlepsze gry 2020. Oraz te, które zabrały mi najwięcej życia.

Początek nowego roku sprzyja wszelakim podsumowaniom. Na stronach internetowych i w sieciach społecznościowych pojawia się masa rozmaitych topek oraz list największych zeszłorocznych hitów i crapów. Podążając za trendem, postanowiłem przedstawić Wam listę pięciu gier, w które zagrałem w zeszłym roku i które całkowicie subiektywnie uważam za najlepsze wydane we wspomnianym okresie. Dlaczego tylko pięciu zapytacie? Na początku próbowałem zestawić klasyczne Top-10, ale wyszło mi, że ogromna ilość ciekawych gier, w które miałem przyjemność zagrać, nie miała premiery w roku 2020. Z kolei z tych, które ukazały się w ciągu ostatnich 12 miesięcy i które mógłbym z czystym sumieniem zarekomendować, nie udało mi się zebrać pełnej dziesiątki.

Tyle tematem wstępu. Panie i Panowie – przed Państwem lista pięciu najciekawszych gier bloga Nerdozzza.pl.

  1. The Last of Us: Part 2
  2. Final Fantasy VII Remake
  3. Wasteland 3
  4. Resident Evil 3 Remake
  5. Command and Conquer Remastered

Miejsce piąte to nowa wersja strategii czasu rzeczywistego „Command & Conquer”. Gra nie jest niczym odkrywczym, jednak na tle współczesnych tytułów zdecydowanie wyróżnia się naprawdę ogromnymi pokładami grywalności. Nie pamiętam, żebym w ciągu ostatnich kilku lat bawił się tak dobrze przy jakiejkolwiek grze strategicznej. Zabawy jest tu naprawdę ogromna ilość, ponieważ oprócz oryginalnych, podrasowanych do współczesnych standardów gier „C&C” oraz „Red Alert” pakiet zawiera również odrestaurowany zestaw nowych wersji dodatków do wspomnianych pozycji.

„Czwórka” na liście to znów odnowiona wersja klasycznej gry. „Resident Evil 3 Remake” nie został okrzyknięty hitem na miarę poprzednika, głównie przez zdecydowanie krótszy czas zabawy, którą zapewniała omawiana gra. Ja jednak bawiłem się przy niej świetnie i serdecznie polecam ją wszystkim fanom uniwersum Residenta.

Na miejscu trzecim znajduje się izometryczny roleplay od inXile Entertainment, czyli „Wasteland 3”. Jest on świetnym rozwinięciem wydanej kilka lat temu „dwójki” na dodatek eliminującym większość jego wad i problemów. Gra początkowo mocno niestabilna została bardzo szybko połatana i obecnie nie dostarcza najmniejszych problemów. Jej ogromnym plusem jest specyficzne poczucie humoru (misje, w których pojawia się cybernetyczny Bóg-Prezydent Regan albo handlujący prochami Święty Mikołaj zapamiętam długo) oraz rewelacyjna muzyka. Dla fanów gatunku jest to pozycja obowiązkowa.

Miejsce drugie to trzeci już na liście remake/remaster – tym razem najpopularniejszej części serii „Final Fantasy”. Gra była początkowo krytykowana za epizodyczny charakter oraz zmiany w scenariuszu w porównaniu z oryginałem. Mi jednak zupełnie one nie przeszkadzały, a remake „Siódemki” wygląda w moim przekonaniu dokładnie tak, w jaki sposób oryginał zapisał się w naszej pamięci.    

Odnośnie pozycji numer jeden na liście… Wiadomo, że król w tym roku był tylko jeden. I jest to oczywiście „The Last of Us – Part 2”. O grze studia Naughty Dog napisano już tyle  dobrego, że nie ma sensu w tym miejscu wymądrzać się na temat zalet tej pozycji. W momencie premiery pojawiły się oczywiście pojedyncze głosy krytyki. Cóż, jeżeli w 21. wieku komuś przeszkadza widok pary dziewczyn trzymających się za ręce i jest to powodem do wylewania wiadra pomyj w Internecie – to jest to tylko głupota i jego strata.  

Niektórzy czytelnicy będą się na pewno zastanawiać, czemu na liście brakuje naszego dobra narodowego, czyli „Cyberpunka 2077” od CD Projekt RED. Uważam, że jest to świetna gra (miałem szczęście i trafiła mi się wersja na PC, więc fala błędów oraz problemów wydajnościowych ominęła mnie szerokim łukiem) natomiast spędziłem przy niej zbyt mało czasu (na chwilę obecną około 10 godzin), aby z czystym sumieniem umieścić ją na liście. Może stanie się to w przyszłym roku? Zobaczymy.

W tym miejscu chciałbym napisać również o moim osobistym rozczarowaniu roku, którym okazała się być gra „Iron Harvest”. Niestety potencjał na świetną strategię czasu rzeczywistego dziejącą się w uniwersum inspirowanym malarstwem Jakuba Różalskiego został zmarnowany. Grę położyły liczne problemy ze sterowaniem jednostkami, bezsensowny system osłon, kiepskie AI (zarówno po stronie przeciwników jak i naszych wojaków, którzy w większej grupie potrafią się zaklinować przy przechodzeniu przez most) oraz w sumie średnio-ciekawa fabuła oraz grafika pochodząca z poprzedniej generacji sprzętowej.

Na zakończenie, w ramach ciekawostki zamieszczam listę gier, przy których spędziłem w tym roku najwięcej czasu. Częściowo pokrywa się ona z moim Top-5. Obecne w poprzednim zestawieniu „C&C” i „Resident Evil 3” zostały w tym przypadku wypchnięte przez pochodzące z 2017 roku ogromniaste RPG-i Atlusa oraz Ubisoftu.

  1. Persona 5
  2. Wasteland 3
  3. Assasin’s Creed: Origins
  4. Final Fantasy VII Remake
  5. The Last of Us: Part 2

Co było grane… jesienią 2020

Wrzesień roku pańskiego 2020 był dnia mnie miesiącem zakończenia przygody z „Assasin Creed: Origins”. Co by nie mówić, pomimo świadomości wszystkich wad tej produkcji, bawiłem się przy niej całkiem dobrze. W końcu, która inna gra da Ci możliwość zwiedzenia starożytnej Aleksandrii, spotkania historycznych postaci takich jak Juliusz Cezar lub Kleopatra, lub stanięcia na szczycie piramidy w Gizie? Po zakończeniu wędrówki po starożytnym Egipcie sięgnąłem po klimaty postapokaliptyczne. Gra „Wasteland 3”, bo o niej właśnie mowa, zabrała mnie w rejony zimnego Kolorado. Przy pierwszym kontakcie wspomniany program mógł irytować sporą ilością błędów, które były jednak systematycznie naprawiane i aktualnie gra jest w doskonałym stanie. Bawię się nią do dzisiaj, nieśpiesznie zwiedzając mroźne krainy i powolnie kończąc główny wątek. Zwłaszcza że chwilę później sięgnąłem po…

”Personę 5”. Ogromna gra studia Atlus to kwintesencja tego, co uwielbiamy i za co nienawidzimy japońskie RPG. Gra jest przede wszystkim do bólu liniowa, głównymi bohaterami jak to w omawianej serii bywa, są uczniowie liceum, a całość może wydawać się mocno infantylna dla wielbicieli tradycyjnych gier role-playing, których akcja umieszczana jest w światach fantasy. Jednoczenie „Persona 5” to świetna, naprawdę ogromna historia, bohaterowie, z którymi bardzo łatwo zżywamy się w czasie zabawy, wiele ciekawych aktywności pobocznych i rozbudowany system rozwoju postaci, oraz tytułowych person. Jestem aktualnie gdzieś w połowie zabawy i póki co absolutnie nie mam dość.

Osobny akapit chciałem poświęcić produkcji, po którą sięgnąłem w międzyczasie, a którą niestety, póki co porzuciłem. Mowa o słynnej grze Hideo Kojimy, czyli „Death Stranding”. Wspomniany tytuł na początku zauroczył mnie filmowym rozmachem, świetną muzyką, opowiadaną historią oraz całą budowaną przez twórców „mitologią”. Niestety im więcej czasu spędzałem, sterując Samem i podróżując z miejsca na miejsce ze stosem pakunków przyczepionych do pleców, tym bardziej cały pomysł na gameplay wydawał mi się coraz bardziej nużący. Mam ochotę powrócić jeszcze kiedyś do zabawy. Jak będzie, pokaże jednak pewnie czas.

Inne pozycje, które miałem przyjemność ogrywać w czasie tej jesieni to „Destroy All Humans!” (świetny humorystyczny „akcyjniak” charakteryzujący się zupełnym brakiem jakiejkolwiek poprawności politycznej), seria klasycznych gier przygodowych „Legend of Kyrandia” (świętej pamięci nieodżałowanego studia Westwood) oraz cały czas rozbudowywany „Mortal Kombat 11” (spełniający chłopięce fantazje i pozwalający w końcu sprawdzić, kto wygra w pojedynku Terminator vs Robocop).

Na zakończenie słów kilka na temat najgłośniejszej polskiej produkcji i być może najgłośniejszej wtopy ostatnich lat, czyli „Cyberpunku 2077”. Grę kupiłem, zainstalowałem, pograłem trochę, po czym wróciłem do wspomnianych „Wastelanda” oraz „Persony”. Nie ma to nic wspólnego z jakością produkcji studia CD Projekt RED. Grę posiadam w jedynej obecnie słusznej wersji, czyli tej na sprzęt biurowy zwany komputerem PC. Po prostu trzeci ogromniasty RPG ogrywany jednocześnie przekracza obecnie moje możliwości czasowe. Na „Cyberpunka” przyjdzie więc jeszcze czas w przyszłym roku.

Komiksowy listopad 2020

Corto Maltese – Pod słońcem północy (Egmont Polska)

„Pod słońcem północy” jest pierwszym albumem serii „Corto Maltese”, który nie został stworzony przez twórcę tytułowej postaci Hugo Pratta. Autorami tego tomu są Juan Diaz Canales (znany w Polsce z rewelacyjnej serii „Blacksad” opowiadającej o przygodach kota detektywa) oraz Ruben Pellejero.

Jak prezentuje się „Corto” autorstwa nowych twórców? Moim skromnym zdaniem bardzo dobrze. Ostatnie tomy serii autorstwa Pratta mocno mnie wymęczyły. Więcej było w nich rozmaitych fantazmatów, zwid i snów na jawie, niż faktycznej historii. Tym razem ciężar opowieści został ponownie przesunięty w stronę przygody. Tytułowy bohater, poszukując przyjaciela pisarza, trafia na daleką kanadyjską północ, aż za koło podbiegunowe. Tam oczywiście wplątuje się w wydarzenia znane nam z kart historii i spotyka ich bohaterów.  

„Pod słońcem północy” czyta się naprawdę dobrze. Jest to kawał świetnego komiksu przygodowego, okraszonego jedynie delikatną nutką romantyzmu i nieprawdopodobności. Z mojej strony – rekomendacja!

Trasa Promocyjna (wyd. Marginesy)

Komiks opowiada historię pisarza, który wyrusza w tytułową trasę promocyjną swojej najnowszej powieści. Niestety już na początku okazuje się, że nie wszystko idzie zgodnie z planem. Na dodatek bohater zostaje wplątany w ciąg dziwnych wydarzeń, które doprowadzą go do… dowiecie się tego na łamach komiksu 😊.

„Trasa promocyjna” opowiada historię, której nie powstydziłby się Franz Kafka. Sympatyczny, nieco nieporadny główny bohater zostaje wplątany w sprawę zaginięcia kobiety pochodzącej z odwiedzanej przez niego miejscowości. Atmosfera niepokoju zagęszcza się ze strony na stronę komiksu i doprowadza do tego, że czytelnik zaczyna wątpić, czy wersja wydarzeń przedstawionych z perspektywy bohatera jest faktycznie tą, która wydarzyła się naprawdę. Zmienia się również sama historia, która ewoluuje od na pozór typowej opowiastki o jednostce, która została wbrew swojej woli wplątana w pewne wydarzenia i która musi borykać się z przedstawicielami nadrzędnego wobec niej systemu, poprzez klasyczny kryminał, a skończywszy na czymś, co możemy zaliczyć do gatunku „opowieści niesamowitych” dziejących się na pograniczu jawy i snu.

I tylko zakończenie komiksu delikatnie rozczarowuje. Albo po prostu zostaje zaserwowane czytelnikowi zbyt szybko. Być może autorowi zabrakło stron, a być może pomysłu. Dlatego całość oceniam jedynie bardzo dobrze. Do miana rewelacji i komiksu roku finalnie czegoś zabrakło.  

Omega Men – To już koniec (Egmont Polska)

Tom King jest kontrowersyjnym autorem. Były agent CIA odpowiada za scenariusza rewelacyjnych komiksów takich jak „The Sheriff of Babylon” lub „Vision”. Jednocześnie jego run we flagowej serii DC Comics, czyli w „Batmanie” uważany jest za co najmniej kontrowersyjny i ma tylu samo przeciwników, co zwolenników. Samo wydawnictwo DC nie było chyba również do końca zadowolone z twórczości Kinga, a na pewno z wyników sprzedażowych serii, postanowiło bowiem całkiem niedawno dokonać zmiany na stanowisku jej głównego scenarzysty. Niestety Kinga w „Batmanie” zastąpił do bólu przeciętny James Tynion IV. Ale nie o tym ma być mowa…

W „Omega Men – to już koniec” autor bierze „na warsztat” klasyczną, ale praktycznie nieznaną (a na pewno nie w Polsce) grupę bohaterów i wrzuca ją w wir wydarzeń, które mają wpływ na losy pewnego, opisywanego w komiksie zakątka wszechświata. Głównym bohaterem historii jest dawna Zielona Latarnia Kyle Rayner. Przybywa on jako negocjator do układu słonecznego, w którym toczy się wojna między rządzącą Cytadelą i grupą terrorystów znanych jako „Omega Men. Nie będzie wielkim spoilerem jeśli napiszę, że w jednej z pierwszych scen Kyle zostaje zamordowany w czasie transmisji telewizyjnej przez tytułową grupę. Czy faktycznie? Czy tytułowa grupa to faktycznie terroryści, a może bojownicy o wolność? Czy Cytateda to naprawdę odpowiednik gwiezdno-wojennego Imperium? Jak zakończy się konflikt między nimi? O tym wszystkim dowiemy się w czasie lektury.

Komiks czyta się naprawdę dobrze. Historia jest skomplikowana, a żadna z pojawiających się postaci nie jest naprawdę jednoznacznie dobra lub zła. Warstwa graficzna jest naprawdę przepiękna, a w rysunki indonezyjskiego grafika Barnabiego Bagendy można wpatrywać się godzinami. Jedynym i prawdopodobnie największym problemem komiksu jest fakt, że autor nie pokusił się o nadanie większości postaci bardziej indywidualnych cech i charakterów. Powoduje to niestety, że śledzimy ich losy bez jakichś większych emocji i tak naprawdę w którymś momencie dochodzimy do wniosku, że losy Kyle’a i cała historia są nam tak naprawdę mocno obojętne. 

Będzie dobrze (wyd. Timof i cisi wspólnicy)

„Będzie dobrze” jest komiksem autorstwa Polaków  Pawła Rzodkiewicza oraz Tomasza Woroniaka, przedstawiającym alternatywną wersję mistrzostw świata w piłce nożnej, które odbyły się w 2014 roku w Brazylii. W czasie lektury obserwujemy, jak gospodarze mistrzostw zmagają się z wieloma problemami organizacyjnymi, na boisku dostają łupnia, a nad wszystkim unosi się cień konfliktu między szefową lokalnej federacji piłkarskiej (to zresztą z jej perspektywy obserwujemy większość przedstawianych wydarzeń) i starym szamanem – dobrym duchem zespołu gospodarzy.

Największym problemem omawianego komiksu jest jego długość. Przedstawiona na kilkudziesięciu stronach historia urywa się w kluczowym momencie i… póki co nie ma żadnych wieści na temat kontynuacji. Album jest więc tak naprawdę odpowiednikiem pilotowego odcinka ze świata seriali telewizyjnych. Bardzo dobrego odcinka, który narobił nam ochoty poznanie dalszych losów bohaterów. Ja po lekturze czułem się jak po spożyciu przystawki w restauracji, po której nigdy nie pojawiało się jednak danie główne. 

Komputerowe kaczki

Prawdopodobnie każda osoba, której dzieciństwo wypadało w szalonych latach dziewięćdziesiątych poprzedniego stulecia zna rysunkowy serial o przygodach starego kaczora Sknerusa i będących pod jego opieką siostrzeńców Kaczora Donalda – Hyzia, Dyzia i Zyzia. Wspomniana animacja była na początku emitowana w weekendowym paśmie filmów Disneya jako „Siostrzeńcy Kaczora Donalda”. Gdy pojawiła się na antenie ponownie, tym razem jako telewizyjna dobranocka, tytuł zmieniono na „Kacze Opowieści”, co dużo lepiej oddawało ducha oryginalnego „Duck Tales”.

Dam sobie uciąć rękę, że ogromna większość posiadaczy konsoli NES… tzn. tfu, tfu Pegasus we wspomnianym okresie zetknęła się również z grą, w której wcielamy się w postać Sknerusa McKwacza. Została ona wydana przez Capcom w 1989 roku na konsolę Nintendo, a później doczekała się portu na przenośnego Gameboya. Gra okazała się dużym sukcesem. Wydawcy udało się sprzedać ponad milion kopii na całym świecie, co było wówczas niemałym sukcesem.

W czasie zabawy wcielamy się we wspomnianą powyżej postać kaczora Sknerusa. Podróżujemy po całym świecie, szukamy skarbów i ratujemy siostrzeńców. Gra jest typową platformówką, której niewielkim wyróżnikiem jest fakt, że wszystkie „światy”, które możemy odwiedzić, są dostępne już od samego początku. Żeby nie było tak zupełnie łatwo – pojawiają się jednak zależności, polegające na tym, że pewne etapy gry wymagają do przejścia przedmiotów dostępnych po ukończeniu innych. Przykładowo – w kopalniach w Afryce nie posuniemy zabawy do przodu, nie posiadając kluczy, które musimy odnaleźć w Transylwanii. Zabawa jak na dzisiejsze standardy jest dość trudna. Przeciwnicy odradzają się już po kilku sekundach, check-pointów praktycznie brak, a zgon naszego bohatera powoduje konieczność przechodzenia etapu od samego początku. Osoby chcące zapoznać się z tą pozycją współcześnie będą musiały przygotować się na wielokrotne powtarzanie poziomów i wypracowywanie pamięci mięśniowej umożliwiającej ich pokonywanie.

W 1993 roku ukazała się kontynuacja gry. Oprawa graficzna uległa w niej znacznej poprawie. Postacie pojawiające się na ekranie są tym razem dużo większe, a ich animacja jest znacznie płynniejsza. Gra wydaje się ciut łatwiejsza od poprzedniczki. Tym razem twórcy zdecydowali się na umieszczenie na poziomach check-pointów. Dzięki temu w przypadku zgonu Sknerusa nie musimy za każdym razem rozpoczynać zabawy od początku. Z kolei w 2013 roku ukazał się remaster pierwszej części gry stworzony przez mistrzów klasycznych gier 2D z firmy WayForward Technologies. Gra pojawiła się niestety jedynie w formie cyfrowej, więc dla osób nieposiadających żadnej z ówczesnej generacji konsol (PS3, XBox 360 lub WiiU), jedyną dostępną wersją jest obecnie ta na komputer PC (aplikacja jest dostępna na platformie Steam). Jeżeli ktoś chciałby zapoznać się z oryginałem, to pozostaje mu szukanie kartridżów na aukcjach internetowych, ściągnięcie pirackiego romu lub zakup kompilacji klasycznych gier „The Disney Afternoon Collection” dostępnej na PC, PS4 i Xboxa One.


Jakie inne dobra są obecnie dostępne dla polskich miłośników „Kaczych Opowieści”? Niestety oryginalny serial jest obecnie dostępny jedynie w tych mrocznych miejscach w Internecie, o których nie będziemy tutaj wspominać. Nowy możemy z kolei zobaczyć na kanale Disney Channel oraz cyfrowej platformie Disney Now (w tym momencie niedostępnej w Polsce… ale od czego mamy sieci VPN 😉). W znacznie lepszej sytuacji znajdują się miłośnicy komiksów. Wydawnictwo Egmont Polska jest w trakcie wydawania serii „Kaczogród” (zawierającej klasyczne komiksy twórcy Sknerusa McKwacza Carla Barksa) oraz „Wujek Sknerus i Kaczor Donald” (zbierającej całą twórczość innego genialnego autora komiksów Disneya Dona Rosy). Ja szczególnie polecam drugą z wymienionych serii, w której scenarzysta rzuca bohaterów w wir przygód, których nie powstydziłby się sam Indiana Jones. W momencie pisania artykułu na rynku dostępne są cztery pierwsze tomy z planowanych dziesięciu.

Komiksowy październik 2020

Hellblazer by Garth Ennis – tom 3 (Egmont Polska)

Ostatni tom „Hellblazera” pisany przez Gartha Ennisa to według mnie zdecydowanie najlepszy album z wydawanej aktualnie przez Egmont serii. Szczególnie do gustu przypadła mi znajdująca się wewnątrz historia „Syn człowieczy”, gdzie dostajemy wszystko to, za co uwielbiam cykl o przygodach Johna Constantine’a. Mamy więc tu podstępnego demona, trochę flashbacków z przeszłości głównego bohatera, a także sporo komiksowego horroru i makabry. Niestety po raz kolejny okazuje się, że John – na pozór „do rany przyłóż” facet dla ratowania własnej skóry jest w stanie cynicznie poświecić życie wielu innych ludzi, w tym również swoich przyjaciół.

Omawiany tom zawiera również kilka świetnych jednozeszytowych historii, w których bohaterowie nie robią nic poza włóczeniem się po barach i wspominaniem wydarzeń z przeszłości albo takich, w których Constantine nie pojawia się wcale (np. dalsze losy Kat w Belfaście). Czuć tu, że Ennis jest mistrzem opowieści i nie wcale potrzebuje tego, z czego słynie, czyli epatowania przemocą, szokujących scen, ogromnej ilości przekleństw, albo obrzucania bohaterów metaforycznym lub jak najbardziej rzeczywistym gównem.

Rekomendacja 😊.

Green Lantern tom 1: Galaktyczny Stróż Prawa (Egmont Polska)

Najnowsza seria o przygodach członków korpusu Zielonych Latarni została stworzona przez znanego i cenionego na całym świecie scenarzystę – Granta Morrisona. Tym razem koncentruje się ona na postaci Hala Jordana oraz jego roli galaktycznego policjanta. Praktycznie cała akcja komiksu dzieje się w kosmosie, a nasza rodzinna planeta pojawia się zaledwie w kilku początkowych scenach.

Po przeczytaniu komiksu byłem całkiem zadowolony. Nie opuszczało mnie jednak odczucie, że nowe przygody Jordana to najlepszy od dawna komiksowy, narkotyczny trip wspomnianego na początku scenarzysty. W komiksie zobaczymy między innymi: członkinie korpusu Zielonych Latarni o ciele super-modelki i głowie… kury 😊, znikające planety, pożeracza światów tylko przypadkiem przypominającego oblicze starotestamentowego Boga, inteligentne kosmiczne pająki czujące obrzydzenie do ludzi i jeszcze wiele innych dziwadeł.

Komiks należy czytać w skupieniu, fabuła jest mocno rwana, a akcja przeskakuje między różnymi scenami oraz płaszczyznami czasowymi. Ja bawiłem się przy lekturze świetnie. Szkoda tylko, że w tej całej galerii osobliwości, kosmicznej polityki oraz tajemnic zaginął nieco sam Hal Jordan, ze swoimi cechami charakteru, problemami oraz odwiecznymi wadami. Jest on na pewno postacią spajającą całą historię, ale czy na pewno jej głównym bohaterem? Przekonamy się o tym pewnie w kolejnym tomie.

Klub Detektywów (Wydawnictwo Marginesy)

Komiks „Klub Detektywów” opowiada o brytyjskim stowarzyszeniu pisarzy popularnych powieści kryminalnych działającym pod koniec lat 20. XX wieku. Należeli do niego między innymi G. K. Chesterton oraz Agatha Christie  W recenzjowanym komiksie członkowie tytułowego klubu otrzymują zaproszenie do odwiedzenia wyspy, którą zamieszkuje wraz z rodziną i której właścicielem jest jeden z angielskich milionerów. Na miejscu, jak zapewne się domyślacie, dochodzi do zbrodni, którą będą musieli rozwiązać przybyli na miejsce autorzy powieści.

Opisywana historia należy do gatunku komedii kryminalnych. Przedstawiona intryga jest całkiem ciekawa, choć historia nie zawiera jakichś specjalnych zwrotów akcji lub zaskoczeń. Uroku dodają jej flegmatyczni bohaterowie zachowujący się jak to angielskim gentlemanom oraz damom przystało, oraz liczne angielskojęzyczne wtrącenia w wypowiadanych przez nich kwestiach (w rodzaju: „Oh, dear…”, „How exordinary” itp.), które dodatkowo podkreślają „angielskość” opowieści. Całość czyta się bardzo miło i choć czasu spędzonego z komiksem na pewno nie można określić jako „zmarnowany”, to raczej nie planuje do niego powracać w najbliższym czasie. 

Daredevil by Chip Zdarsky Vol. 4: End of Hell (Marvel)

Czwarty, zbiorczy album serii “Daredevil” pisanej przez Chipa Zdarskiego kontynuuje wątki rozpoczęte w poprzednich częściach. Matt, po porzuceniu kostiumu diabła, rozbija się po Nowym Jorku w towarzystwie Elektry i nadeptuje nad odcisk najbogatszej rodzinie Ameryki, której członkowie, jak to zazwyczaj w komiksach bywa, okazują się niezłymi zwyrolami. Tymczasem Kingpin, który porzuca rolę nowojorskiego króla zbrodni, próbuje uporać się ze swoimi problemami. W ogóle postać Wilsona kradnie Mattowi dużą część historii i w sumie nic by się nie stało, gdyby seria zatytułowana była „Daredevil & Kingpin”, co w moim przekonaniu dużo lepiej oddawałoby stan faktyczny.  Tak czy inaczej, komiks Zdarskiego to świetna, wielowątkowa historia, przypominająca nieco klimatem najlepsze czasy Franka Millera.  Rysunki  Jorge’a Fornesa i Marco Checcetto są również na wysokim poziomie. Styl tego drugiego pana przypomina nieco kolejnego daredevilowego klasyka, czyli Johna Romitę Juniora. Podsumowując, opisywany album to kawał świetnego komiksu. Nie ma się do czego przyczepić 😊. 

Assassin’s Creed Origins

Od kiedy pamiętam, zawsze interesowałem się starożytnością. Nie jestem pewien, czy moje zauroczenie tą epoką rozpoczęło się w chwili pierwszego kontaktu z komiksami opowiadającymi o przygodach niezwyciężonego Gala Asteriksa, czy może z nałogowego oglądania wyświetlanych niegdyś w niedzielę w TVP2 filmów historycznych („Spartakus”, „Kleopatra”, „Ben Hur” itp.), których akcja osadzona była często w omawianym okresie. Jedną w niewielu książek, których przeczytanie wymuszono na mnie w liceum i którą wspominam z ogromnym sentymentem, jest legendarna pozycja C.W. Cerama zatytułowana „Bogowie groby i uczeni”. Opowiada ona historie odkryć archeologicznych i poszukiwań skarbów pochodzących w ogromnej większości właśnie z okresu starożytności. Opisana powyżej fascynacja sprawiła, że do „Assasin’s Creed Origins” siadałem z ogromną ciekawością.

W tym miejscu chciałbym wspomnieć, że tekst ten nie ma w zamierzeniu być recenzją wspomnianej gry. Potraktuj go drogi czytelniku, jako spisany swobodny przepływ myśli autora, koncentrujący się na pewnych obszarach rozgrywki szczególnie mnie interesujących. Inne cechy tej pozycji, być może istotne z punktu widzenia graczy lub oceny gry, zostały niecelowo lub całkiem celowo pominięte.

Zacznijmy więc od kwestii, które umieszczam w mentalnym worku oznaczonym etykietą z napisem „Wady”.  

Skórka na Wiedźmina

Pierwszą kwestią, która rzuciła mi się w oczy po rozpoczęciu zabawy, było niezwykłe podobieństwo rozgrywki to tej, dostępnej w grze studia CD Projekt RED. Złośliwi mogliby stwierdzić, że egipska przygoda naszego zabójcy to po prostu „Wiedźmin” przeniesiony w inne realia. Szczerze mówiąc, trudno byłoby się z nimi spierać. Nie będę w tym miejscu wymieniał oczywistych podobieństw obu gier. Ktokolwiek zagra – szybko zorientuje się, co i jak. Oczywiście dla osób lubiących ten sposób zabawy nie będzie to w żadnym wypadku wada. Osobiście wydaje mi się jednak, że inspiracje developerów Ubisoftu są aż nadto widoczne i w grze brakuje nieco jakiegoś indywidualnego wyróżnika w obszarze gameplayu.

Uwaga na nerwicę natręctw

Starożytny Egipt w wydaniu Ubisoftu jest krainą, w której teoretycznie nie powinniśmy się nudzić. Praktycznie od początku zabawy mamy do dyspozycji mapę usianą dziesiątkami znaczników symbolizującymi potencjalne zadania do wykonania, miejsca ukrycia skarbów oraz obszary zamieszkałe przez wszelaki, pochodzący spod ciemnej gwiazdy element. Niestety z ilością nie idzie w tym przypadku w parze jakość. Dostępne w grze misje poboczne są nazbyt często zabawą w kuriera DHL lub też sprowadzają się do schematu: „porozmawiaj –> zabij -> znajdź skarb”. Osobom, które nie są w stanie zakończyć zabawy bez oczyszczenia mapy z przysłowiowych już „znaków zapytania”, rozgrywka może wydać się więc w którymś momencie mocno nużąca.

Technikalia

Egipski „Assasin’s Creed” to gra sprzed epoki „The Last of Us 2”. Niestety zagrałem w nią po raz pierwszy już po ukończeniu pozycji studia Naughty Dog. Różnice w warstwie graficznej obu pozycji widać szczególnie w czasie przerywników filmowych tworzonych na silniku gry. Postaci nazbyt często przypominają manekiny ubrane w kolorowe ciuszki i w peruki, ewentualnie przyklejane brody. Pewnie w momencie premiery nie przeszkadzałoby mi to aż tak bardzo, ale cóż… obecnie jednak rzuca się to mocno w oczy.

Gra cierpi oczywiście na dolegliwości typowe dla ubisoftowych otwartych światów. Dość często szwankuje detekcja kolizji między obiektami skutkująca przenikaniem się przedmiotów lub postaci widocznych na ekranie. Dodatkowo kamera, teoretycznie umieszczona za plecami głównego bohatera, potrafi się często zachowywać w bardzo dziwny sposób. Niestety najczęściej jest to widoczne w czasie pojedynków z wieloma przeciwnikami wewnątrz budynków.

Czy wspomniałem już o tym, że „Assasin’s Creed Origins” to pierwsza gra, której udało się zawiesić mój egzemplarz PS4? Jeśli nie, to właśnie to robię.

Miłość, śmierć i zabójcy

Ostatnią kwestią, o której chciałem wspomnieć, są bohaterowie historii – Bayek i Aya. Na pierwszy rzut oka mogliby być oni egipską wersją małżeństwa Roberta i Ani Lewandowskich. Niestety szwankuje tu trochę reżyseria, a może scenariusz lub sposób przedstawienia relacji między postaciami… Każdy pamiętający relacje wiedźmina Geralta z Yennefer lub Triss Merigold poczuje się mocno rozczarowany. Erotyzmu między Bayekiem i Ayą jest tyle samo, co powiedzmy między myszkami Mickey i Minnie. Bohaterowie gry zachowują się często jak nieprzepadające za sobą rodzeństwo, a nie  jak kochający się mąż i żona. Być może, biorąc pod uwagę fabularne zakończenie, ma to pewne uzasadnienie, ale mimo wszystko (zwłaszcza że trafiają się tu tzw. momenty) pewien niedosyt w tej kwestii pozostaje.

Mimo wszystko…

Z powyższych akapitów może wyłaniać się obraz średnio udanej produkcji. Otóż drogi czytelniku wcale tak nie jest. Wszystkie wymienione wady omawianej pozycji bledną w moich oczach wobec jednej zalety, którą jest… starożytny EGIPT, EGIPT i jeszcze raz EGIPT! Możliwość wdrapania się na jedną z piramid w Gizie, przejścia się ulicami starożytnych Aleksandrii lub Memphis, wizyt w starożytnych świątyniach i podziwiania gigantycznych posągów egipskich bóstw, żeglowania rzeką Nil i obserwowania pracujących na brzegach rolników i w końcu spotkania ponętnej Kleopatry lub chorobliwie ambitnego Juliusza Cezara to niezapomniane atrakcje, które na długo pozostaną w pamięci każdego miłośnika epoki, w której dzieje się akcja gry.

Na koniec napiszę tylko, że gdyby Ubisoft kiedykolwiek zdecydowałby się na stworzenie wersji gry, wykorzystującej którąś z dostępnych na rynku technologii Virtual Reality, byłbym pierwszą osobą lecącą do sklepu po gogle.

Moja ocena: 7/10