Przygodówki „point’n’click” – moje TOP 10

W dzisiejszym tekście chciałbym przedstawić Wam moje ulubione gry przygodowe z gatunku „point’n’click”. Zacznijmy od szybkiego wyjaśnienia, czym są owe przygodówki „wskaż i kliknij”. Otóż są to gry, w których sterowanie postacią odbywa się za pomocą myszy, a w momencie najechania wskaźnikiem i kliknięcia jakiegoś punku na ekranie postać przemieszcza się do tego miejsca lub wykonuje jakąś akcję na wskazanym przedmiocie. Zagadki w tego typu pozycjach, których rozwiązanie pozwala na pchanie fabuły do przodu i poznawania przez gracza historii, w dużej mierze sprowadzają się do używania znalezionych przedmiotów w odpowiednich lokacjach, łączenia ich (celem uzyskania innego przedmiotu) lub rozwiązywania rozmaitych łamigłówek. Gry tego typu najczęściej wykorzystują ręcznie rysowane środowisko 2D, chociaż zdarzają się też pozycje w pełnym lub częściowym 3D.

Powyższej definicji nie spełniają na pewno tytuły w rodzaju „Uncharted”, „Tomb Raider” czy „The Last of Us”, które współcześnie określane są jako gry przygodowe. Natomiast z klasycznymi przygodówkami, poza faktem opowiadania jakiejś historii, nie mają praktycznie nic wspólnego. Na liście celowo pominąłem również gry w rodzaju świetnego „Night in the Woods”, czy „Vanishing of Ethan Carter”, które kładą nacisk przede wszystkim na snucie opowieści, a nie na rozwiązywanie zagadek.

Poniższa lista nie jest na pewno listą najlepszych przygodówek „point’n’click” w historii. Jest to wybitnie subiektywny spis moich ulubionych gier z tego gatunku, które z różnych przyczyn utkwiły mi w pamięci i które chciałbym w ten sposób uhonorować. Nie znalazł się na niej np. „Maniac Mansion”, z którą to grą pierwszy raz zetknąłem się kilka dobrych lat po premierze. Z racji praktycznie zerowej znajomości angielskiego na typ etapie życia, nie byłem jednak w stanie czerpać wówczas żadnej przyjemności z zabawy z tym tytułem. Inną pominiętą pozycją jest rewelacyjny „Grim Fandago”.  Wspomnianą grę ograłem po raz pierwszy dopiero kilka lat temu i który pomimo świetnego „settingu” nie zrobił już na mnie takiego wrażenia, jakie na pewno uczyniłby w momencie swojej premiery.

To tyle tytułem wstępu. Zapraszam do lektury!

Miejsce 10: „Believe it or not – the Riddle of Master Lu”

Nieco zapomniana dzisiaj pozycja, w której wcielamy się w rolę Roberta Ripleya – znanego badacza zjawisk paranormalnych i wszelakich osobliwości, przedsiębiorcy oraz antropologa amatora. Bohater, próbując odkryć przyczynę włamań do prowadzonych przez siebie muzeów, trafia na ślad zagadki legendarnego, chińskiego mistrza Lu. Chcąc rozwiązać tajemnicę, wspólnie z Robertem odwiedzamy wiele miejsc na świecie, m.in.: Chiny, Egipt, Wyspy Wielkanocne oraz ówczesne Wolne Miasto Gdańsk (akcja gry dzieje się kilka lat przed rozpoczęciem drugiej wojny światowej). Jest to klasyczna gra przygodowa, w której podróżujemy po świecie, zwiedzamy rozmaite lokacje oraz rozwiązujemy umieszczone w nich zagadki. Warto dodać, że wszystkie postacie w niej zostały odegrane przez żywych aktorów. W czasie zabawy towarzyszyć nam będą również liczne przerywniki filmowe (oczywiście  na poziomie kina klasy C 😉).

Miejsce 9: „Day of the Tentacle”

“Day of the Tentance” jest kontynuacją kultowego “Maniac Mansion”. Dzięki wydanej kilka lat temu wersji Remastered kolejne pokolenie graczy może zapoznać się z tą pozycją. W czasie zabawy podobnie jak w słynnym poprzedniku trafiamy do tajemniczego domostwa. Tym razem będziemy jednak musieli zapobiec spiskowi złowrogich istot, które (uwaga, spoiler… taaa…) planują przejęcie władzy nad światem. Rewelacyjny, absurdalny humor, galeria osobliwych postaci oraz świetnie skonstruowane zagadki (wyróżnik większości gier ówczesnego LucasArts) to główne atuty tej pozycji.

Miejsce 8: „The Legend of Kyrandia” – seria

“Legend of Kyrandia” to seria gier wyprodukowanych przez Westwood Studios (tak, goście od „Command & Conquer”), których akcja rozgrywa się (niespodzianka!) w magicznym świecie Kyrandii. Bohaterem każdej z trzech części gry jest inna osoba. W pierwszej części gry wcielamy się w postać księcia Brandona, który musi udaremnić spisek królewskiego błazna Malcolma. W kolejnej poznajemy losy czarodziejki Zanthii. Tytuł trzeciej części – „Malcolm’s Revenge” – mówi już sam za siebie. Każda kolejna gra z omawianej serii charakteryzuje się coraz to lepszą grafiką, choć wszystkie one do przedstawienia historii wykorzystują ręcznie rysowane lokacje i środowisko 2D. Niestety wyróżnikiem gry były również dość trudne zagadki oraz możliwość wykonania akcji, która uniemożliwiała ukończenie rozgrywki, np. poprzez nieodwracalną stratę przedmiotu, którego potrzebowaliśmy w dalszej części zabawy.

Podobnie jak w przypadku „Riddle of Master Lu” – seria ”Kyrandia” to rzecz przeznaczona obecnie raczej dla miłośników gatunku. Pozostali gracze, z uwagi na trudność zagadek oraz możliwość „zablokowania się”, mogą się od niej boleśnie odbić. 

Miejsce 7: „Unforseen Incidents”

Jest to pierwsza z dwóch “nowożytnych” gier w zestawieniu. Wydana w 2018 roku przez niemieckie Blackwood Entertainment gra opowiada o losach Harpera – niezbyt rozgarniętego mieszkańca amerykańskiego, górskiego miasteczka Yelltown. Nasz bohater stara się rozwiązać zagadkę tajemniczej epidemii, która spowodowała odcięcie jego rodzinnej miejscowości od świata.

To, co najbardziej podobało mi się w omawianej grze to świetny klimat – przypominający najlepsze czasy „Miasteczka Twin Peaks” oraz „Z Archiwum X” (tajemnicze zjawiska, spiski itp.)  – a także bardzo miła dla oka, lekko karykaturalna grafika.

Miejsce 6: „Flight of the Amazon Queen”

Legenda głosi, że “Flight of Amazon Queen” miało być kolejną częścią przygód Indiany Jonesa. Niestety w racji tego, że Renegade Software nie dogadało się z LucasArts, legendarny kapelusz głównego bohatera zmieniono na czapeczkę z daszkiem, a zamiast bata dano mu do ręki kij bejsbolowy. Nie da się jednak nie zauważyć, że sposób rozgrywki i opowiadania historii, zachowanie głównego bohatera oraz żarty zawarte w grze bardzo, ale to bardzo przypominają ówczesne komputerowe przygody słynnego archeologa. Co jest jednak najważniejsze, „Flight of the Amazon Queen” to bardzo dobra gra przygodowa.

Miejsce 5: „Thimbleweed Park”

“Thimbleweed Park” to niezwykle udany powrót Rona Gilbera, współtwórcy sukcesu studia LucasArts, do formuły klasycznej przygodówki point’n’click. Zabawa w „Thimbleweed Park” przypomina nieco gry „Maniac Mansion” lub „Day of Tentacle”. Historię poznajemy więc z perspektywy wielu bohaterów, którymi sterujemy naprzemiennie, w miarę popychania fabuły do przodu. Podobnie jak w przypadku poprzednich przygodówek wspomnianego twórcy na uwagę zasługuje rewelacyjne poczucie humoru oraz burzenie tzw. czwartej ściany (bohaterowie gry w pewnym momencie zabawy zaczynają zdawać sobie sprawę z tego, że… są bohaterami gry 😊).

Miejsce 4: „Indiana Jones and the Fate of Atlantis”

Kolejna na liście gra pochodząca ze studia LucasArts. W tym przypadku tytuł mówi sam za siebie. Jest to kolejna przygoda znanego i lubianego archeologa Henry’ego Jonesa, znanego bardziej jako Indiana Jones. Scenariusz „Fate of Atlantis” został stworzony specjalnie na potrzeby gry i nie jest oparty na żadnej z filmowych przygód bohatera, w którego wcielał się Harrison Ford. Historia zaprezentowana w grze jest naprawdę rewelacyjna i fani do tej pory nie mogą odżałować, że czwarta część filmowej serii nie została oparta właśnie o scenariusz omawianej produkcji.

Miejsce 3: „Gabriel Knight” – seria

Przygody właściciela księgarni oraz detektywa z Nowego Orleanu notorycznie wplątywanego w różne paranormalne sprawy swego czasu mocno oddziaływały na wyobraźnie tysięcy graczy. Czego tu nie mieliśmy? Wampiry, wyznawcy VooDoo, wilkołaki, biblijne tajemnice… Dla fanów „Z Archiwum X”, albo „Buffy” była to pozycja obowiązkowa.

Seria „Gabriel Knight” jest to moim skromnym zdaniem najlepsza rzecz, która została stworzona przez firmę Sierra. O jej sile stanowią przede wszystkim rewelacyjne scenariusze wszystkich trzech części stworzone przez pisarkę Jane Jansen. Ciekawostką jest fakt, że pomimo tego, że wszystkie należą do gatunku „point’n’click”, każda część sagi została zrealizowana w zupełnie różny techniczny sposób. Pierwsza gra z Gabrielem zatytułowana „Sins of the Fathers” to klasyczna, ręcznie rysowana przygodówka 2D. Kolejna, nosząca podtytuł „The Best Within”, jest z kolei przedstawicielem gatunku przygodówek FMV (Full Motion Video), do którego należą również „Phantasmagoria” lub „The 7th Guest”. Z kolei ostatnia część  („Blood of the Sacred, Blood of the Damned”) została umieszczona w środowisku 3D. Niestety z uwagi na ówczesne możliwości sprzętowe oraz raczkującą technologię – jest ona współcześnie mocno niegrywalna. Ostrzegam, że grafika, z racji sporawej pikselozy tekstur oraz wszechobecnej kanciastości, może obecnie wypalać oczy 😉. Niestety gra nigdy nie doczekała się współczesnego remake’u.

Kolejne produkcje firmowane przez wspomnianą autorkę („Gray Matters”, „Moebius”) nie odniosły już podobnych do omawianej serii sukcesów. Przyczynił się do tego ogólny kryzys na rynku klasycznych gier przygodowych, a także fakt, że w momencie powstawania nieco odstawały one technicznie od ówczesnych rynkowych standardów. 

Miejsce 2: „Monkey Island” – części 1-3

O serii „Monkey Island” stworzonej przez Rona Gilberta napisano już tyle, że na pewno nie będę w stanie zaskoczyć czytelników żadnym nowym faktem jej dotyczącym. Wspomnę tylko, że moje najlepsze wspomnienia wiążą się z pierwszymi trzema częściami serii i właśnie one jako całość trafiają do mojego rankingu. Czwarta część była (nieudaną w moim przekonaniu) próbą przeniesienia rozgrywki w trzeci wymiar. Niestety wyglądała ona paskudnie, zwłaszcza w porównaniu z przepiękną, ręcznie rysowaną grafiką części trzeciej.

 Kilka lat temu nieistniejące już studio Telltale Games wskrzesiło Małpią Wyspę w formie epizodycznej gry przygodowej. Niby wszystko było tam na miejscu, zagadki stanowiły wyzwanie, a historia potrafiła wywołać uśmiech na twarzy, ale jakoś w międzyczasie z historii uleciał lucasartowski klimat, a samą grę określiłbym „jedynie” jako całkiem udaną.

Miejsce 1: „Broken Sword” – części 1 i 2

Miejsce pierwsze w moim rankingu przygodówek point’n’click zajmują dwie pierwsze części serii „Broken Sword”. Opowiadają one o przygodach George’a Stobbarta – typowego every-mana, który w czasie wakacji w Paryżu zostaje wplątany w spisek sięgający mrocznego średniowiecza. Mamy tu templariuszy, wątki biblijne oraz tajemniczą organizację usiłującą przejąć władzę nad światem 😊. Co jest istotne – gra powstała w czasach, kiedy o Danie Brownie i jego „Kodzie Leonarda Da Vinci” nikt jeszcze nie słyszał. Druga część gry nawiązuje do demonicznych mocy i bóstw obecnych w południowoamerykańskich cywilizacjach w czasach prekolumbijskich. Obie pozycje charakteryzują się świetnie opowiedzianymi historiami, logicznymi zagadkami (nie znajdziecie tu „toonstruckowych” kombinacji typu: szczotka do kibla + orzechy = wiewiórka) oraz dwójką niezwykle sympatycznych bohaterów (czy nie wspomniałem, że do George’a, w którego towarzystwie rozpoczynamy przygodę, szybko dołącza urocza, francuska dziennikarka Nico?). Dla fanów gier przygodowych oraz przede wszystkim świetnych opowieści z historycznymi tajemnicami w tle – obie części „Broken Sword” to pozycje obowiązkowe.

Niestety kolejne części o tytułach „The Sleeping Dragon” oraz „Angel of Death”) nie są już równie udane. Przede wszystkim rezygnują one z ręcznie rysowanej, dwuwymiarowej grafiki, na rzecz paskudnego w owych czasach 3D. Zagadki odchodzą od tych charakterystycznych dla gier „point’n’click”, polegających na łączeniu i używaniu w odpowiednich miejscach przedmiotów, w kierunku logicznych łamigłówek bardziej pasujących do serii w rodzaju „Tomb Raidera” (jak poustawiać pudła, żeby przeskoczyć po nich przez płot). Również nie wszystkie elementy fabuły tych gier (a szczególnie części z numerkiem 4) nie przypadły mi do gustu. Na szczęście wydana kilka lat temu część piąta ponownie korzysta z dwuwymiarowego środowiska i udanie nawiązuje do spuścizny pierwszych dwóch rozdziałów serii.

To już wszystko na dzisiaj. Gry przygodowe typu „point’n’click” to obecnie produkty mocno niszowe. Produkowane głównie przez niemieckie studia lub niezależnych developerów w sposób mniej, lub bardziej udany nawiązują do najlepszych wzorców gatunku. Na szczęście przez ostatnie 30 lat powstało ich tyle, że prawdopodobnie nie starczyłoby mi życia na ogranie tych, które uważane są za warte tego. Tymczasem wracam do zabawy z ostatnią częścią „Texa Murphy’iego”.

Do przeczytania!

„Growe” podsumowanie 2020 – Q1 i Q2

Powyższa infografika zawiera wszystkie tytuły, które udało mi się ukończyć (lub prawie ukończyć, jak w przypadku TLoU2) w pierwszej połowie 2020 roku. Były to w większości dobre lub bardzo dobre pozycje, czasem tylko trapione problemami technicznymi („Blair Witch”) lub w moim przekonaniu nieco zbyt przeeksperymentowane („Kentucky Route Zero”).

Oczywiście – bez względu na krzyki, płacze i internetowy hejt – w moim prywatnym rankingu król jest tylko jeden! Choć po piętach depcze mu blisko pewien odrestaurowany jRPG 😉.  

Podsumowując – było to bardzo dobre półrocze w giereczkowie. Co jest dla mnie istotne, jak zapewne zauważyliście, udało mi się w końcu przejść zakupionego 100 lat temu „Wiedźmina 2” :D.

Brawo ja!

Wspominki o wydawnictwie TM-SEMIC

W czerwcu tego roku minęło 30 lat od czasu pojawienia się na polskim rynku pierwszych komiksów opatrzonych logiem TM-Semic. Właściwie było to logo TM-System Supergruppen Codem, ponieważ pod taką właśnie nazwą funkcjonowało wówczas wspomniane wydawnictwo.

Pierwsze dwie serie, które wypuściło na rynek TM-Semic, były to oczywiście: „Spider-man” oraz „The Punisher”. Nie było mi dane zapoznać się z tymi zeszytami w momencie ich pojawienia się w kioskach. Nadrobiłem straty dopiero kilka miesięcy później, a pierwszym superbohaterskim zeszytem, który wpadł w moje lepkie łapki, był dostępny w lokalnej czytelni „Spider-man” 2/1990. Zawierał on historię opowiadającą o starciu Pająka z Juggernautem. Pseudonim tego ostatniego przetłumaczono jako „Władca murów” i  postać ta bardzo długo funkcjonowała w mojej świadomości pod tym imieniem.

Kilka miesięcy później w Polsce pojawiły się pierwsze zeszyty kolejnych serii, tym razem pochodzące z amerykańskiego wydawnictwa DC. Były to oczywiście „Batman” oraz „Superman”. W latach 1990-1991 nie byłem jednak ich stałym czytelnikiem. Mając niecałe 10 lat, dużo bardziej podobały mi się przygody Różowej Pantery i Goliata. Z superbohaterszczyzną spod znaku Semica pierwszy raz zetknąłem się dzięki znalezionemu u kumpla z podstawówki zeszytowi „Amazing Spider-man” 5/1991. Natomiast pierwszym posiadanym na własność zeszytem był kolejny Pająk, czyli 6/1991. Nie mogę powiedzieć, że od razu wsiąkłem w te historie. Pamiętam, że rysunki Todda McFarlane’a w Spiderze nie przypadły mi wówczas do gustu. Drugą serią, z którą miałem przyjemność obcować w tym czasie, był „Batman”. Jednak historie w rodzaju „Aborygena”, czy „Mrocznego Rycerza Mrocznego Miasta” okazały się być ponad siły 11-latka. Na kilka miesięcy odpuściłem sobie wówczas komiksy superbohaterskie. Tymczasem do grona kolekcjonowanych przeze mnie serii dołączyły uwielbiane dzięki serialom telewizyjnym: „Alf” oraz „Transformers”.

W 1992 roku, nie licząc serii humorystycznych, kontakt z zeszytami Semica miałem mocno ograniczony („Spider-man 3/1992, 6/1992). Wsiąkłem dopiero przy okazji ostatniego numeru Pająka we wspomnianym roku („Powrót Złowieszczej Szóstki”, hell yeah!). Od tego momentu superbohaterskie serie zagościły w moim życiu na dobre.

Na początku zbierałem jedynie „Spider-mana”. Okazjonalnie trafiały w moje ręce pojedyncze numery „Batmana”, „Supermana” i „Punishera”. Wszystko zmieniło się, kiedy na polskim rynku pojawił się pierwszy numer „X-men”. Nie jestem do końca pewien, ale wydaje mi się był to impuls, który sprawił, że stopniowo zaczynałem śledzić praktycznie wszystkie superbohaterskie serie wydawane przez TM-Semic. Cały czas towarzyszyły mi również komiksy humorystyczne oraz prezentujące historie z postaciami znanymi z popularnych wówczas kreskówek i filmów („Turtles”, „Transformers”, „Indiana Jones”). Tylko losy wojaków z „G.I.Joe” jakoś nigdy nie przypadły mi do gustu.

W latach 1994-1995 byłem stałym czytelnikiem następujących serii: „Spider-man”, „Punisher”, „X-men”, „Batman”, „Superman”, „Green Lantern”, „TMNT”, „Transformers”, „Mega Marver” oraz „Wydań Specjalnych”, a okazjonalnie kupowałem jeszcze kilka innych. To były fajny, beztroski i mocno komiksowy okres w moim życiu. Całe ówczesne kieszonkowe i wszelkie dodatkowe pieniążki wpadające w moje łapki przepuszczałem wtedy na komiksy :P.

Moja ówczesna fascynacja komiksami superbohaterskimi trwała mniej więcej do końca roku 1995. W kolejnych latach nastąpił znaczny spadek jakości moich ulubionych serii. Kto pamięta te wszystkie te „przełomowe”, wielo-odcinkowe sagi w rodzaju „Śmierci Supermana”, „Knightfall”, „Maximum Carnage” i inne? Stopniowo czytałem coraz mniej i mniej. Nie byłem chyba jedynym, ponieważ stopniowo z rynku znikały kolejne niegdyś ukochane przeze mnie komiksy. Sporym szokiem było dla mnie zamknięcie mojej ulubionej serii „X-men”, której ostatni numer ukazał się w wakacje w 1997 roku.

Pamiętam, że przez jakiś czas śledziłem jeszcze wprowadzane na polski rynek komiksy z wydawnictwa Image („Spawn”, „Wild C.A.T.S”). Natomiast wydania zbiorcze w rodzaju: „Top Comics”, czy „Top Manga”, prezentujące głównie popularne wówczas franczyzy („Aliens, „Tomb Raider”), nie interesowały mnie już zupełnie. Lata te przypadają na okres mojego liceum i w tym okresie życia interesowały mnie już zupełnie inne tematy, a nie „dziecinne” komiksy.

Do zeszytów Semica, który występował już wtedy pod nazwą Fun-Media, wróciłem na chwilę w roku 2003. Ukazały się wówczas w Polsce komiksy „JLA: Ziema 2”, kolejne wydanie kultowego „Lobo: Ostatni Czarnian” oraz pierwszy zeszyt nowej serii „Amazing Spider-man” Michaela Straczynskiego. Jakość edytorska tych komiksów oraz jakość samych historii stała na dużo wyższym poziomie niż ten z końcówki 20. wieku. Jak się okazało, był to tylko łabędzi śpiew wydawnictwa, które wkrótce później zawiesiło działalność.

Historie wydawane przez TM-Semic wspominam do dzisiaj w dużym sentymentem. Sporą ilość z nich udało mi się ponownie zebrać w formie rozmaitych omnibusów, wydań zbiorczych lub reedycji na rynku polskim. Wiadomo, że nie zawsze były one najwyższych lotów, ale z perspektywy czasu zawdzięczam im na pewno następującą rzecz – miłość do opowieści komiksowych, która przetrwała u mnie (i pewnie u wielu innych ówczesnych czytelników wspominanych powyżej serii) do dnia dzisiejszego.